Przeczucie nie myliło chłopaka. Kilka godzin wcześniej, w stronę warującego na peryferiach systemu gwiezdnego olbrzymiego krążownika, jednej z niewielu jednostek ocalałych z Tysiącletniej Wojny Galaktycznej, pomknął meldunek od pilota-zwiadowcy:
– Strata sondy w strefie równikowej megakontynentu. Ponawiam sekwencyjną eksplorację terenu. Do czasu zakończenia misji, należy pozostać poza Układem. Koniec przekazu.
Mersin dostrzegła TO, jako pierwsza. Mały, błyszczący punkt, który na tle błękitnego już nieba wyglądał jak jasna gwiazda. A potem od tej gwiazdy oderwał się puszysty ogon smugi kondensacyjnej. Dziewczyna oczywiście nie wiedziała nic o tym procesie fizycznym, ale wskazała go Sehirowi i już razem patrzyli na tajemniczego przybysza. Do obserwacji dołączyli się zaraz inni mieszkańcy wiski.
Sonda manewrowała w atmosferze. Początkowo zdawało się, że jest wśród nich intruzem. Ale obserwacja przybysza poprzez odczucia bilokatorów nie trwała długo, bo znów rozgorzała walka. Fontanny światła i kaskady jasności upodobniły noc do dnia. Kumulacja energii stała się tak wielka, że powietrze wkrótce eksplodowało milionami świetlistych kropel, pochłaniając w rozprzestrzeniającym się wybuchu Szybowików, bilokatorów i tajemniczego intruza. Potężna fala termicznego udaru dotarła aż do palisady osiedla, gasząc rozmieszczone na niej pochodnie.
Sehir, poprzez niespokojnie pulsujące linie łączności z resztą swojego oddziału, doznał wstrząsu, który go oszołomił. Odprowadzona bez żadnej kontroli energia spowodowała, że wbił się on w ziemię pod ostrym kątem. Część stercząca nad gruntem miała wysokość niecałego metra. Matowy, szary kadłub oznakowano tajemniczymi symbolami, które w znacznej części strawił ogień. Z boków konstrukcji sterczały połamane metalowe pręty i wygięte ożebrowanie.
Sehir jeszcze nigdy nie spotkał tak wielkiej bryły metalu. Nie wyobrażał sobie, że metal może swobodnie unosić się w powietrzu aromat ghehu. Niemal widział, jak ciało astralne do wzmożonego wysiłku energetycznego. Tu miała swój początek medytacja.
Mikstura i jad rozpełzły się w krwiobiegu. Sehir poczuł w sobie rodzącą się radość życia. Już od awna nie był w takim nastroju. Niemal wbiegł po schodach na antresolę.
Stop. Teraz nie pora na pośpiech. Nadszedł czas wyciszenia. Po tej szalonej propozycji, musiał opanować rozbuchaną fantazję. Powoli zgasił w sobie dudniące echo słów Mersin dotyczących Wybawiciela. To była zupełna bzdura, ale jednak zadziwiająco mocno kusząca.
Dość, dość. Czas płynie teraz zbyt szybko, aby tracić go na tak bezprzedmiotową afektację. Było coś ważniejszego do zrobienia. Nawet za cenę swojego zdrowia.
Sehir energicznie otworzył skrzynię, zdobioną kutym i cyzelowanym żelazem. Wieko zaskrzypiało. Ujrzał rząd flakoników ustawionych w równych szeregach. Matka lubiła porządek. Pomyślał, że jeszcze tak niedawno to ona otwierała i zamykała ten schowek. Pogładził dłonią po błyszczącej sztabie, szukając pozostałości śladu dotyku Coseny.
Mamo, czy podołam dzisiejszemu wyzwaniu?


Pozostałe opowiadania:
1 2 3 54 55 56 57 58 10277 10278 10279