Sonda manewrowała w atmosferze. Początkowo zdawało się, że niemal w jednej chwili pokonała ponad połowę odległości pomiędzy grupą a miejscem, w którym została zauważona. Sehir poczuł w sobie rodzącą się radość życia. Już od awna nie był w takim nastroju. Niemal wbiegł po schodach na antresolę.
Stop. Teraz nie pora na pośpiech. Nadszedł czas wyciszenia. Po tej szalonej propozycji, musiał opanować rozbuchaną fantazję. Powoli zgasił w sobie dudniące echo słów Mersin dotyczących Wybawiciela. To była zupełna bzdura, ale jednak zadziwiająco mocno kusząca.
Dość, dość. Czas płynie teraz zbyt szybko, aby tracić go na tak bezprzedmiotową afektację. Było coś ważniejszego do zrobienia. Nawet za cenę swojego zdrowia.
Sehir energicznie otworzył skrzynię, zdobioną kutym i cyzelowanym żelazem. Wieko zaskrzypiało. Ujrzał rząd flakoników ustawionych w równych szeregach. Matka lubiła porządek. Pomyślał, że jeszcze tak niedawno to ona otwierała i zamykała ten schowek. Pogładził dłonią po błyszczącej sztabie, szukając pozostałości śladu dotyku Coseny.
Mamo, czy podołam dzisiejszemu wyzwaniu?
Nie, nie dopuszczać do siebie negatywnych myśli. Żadnego zwątpienia. Umiem przecież wszystko to, co inni z Rodziny. Poza tym moje siły i refleks są wznakomitej formie. Dlatego jeszcze żyję.
Nalał do kamiennej czarki starannie odmierzoną porcję naparu i wypił ją jednym haustem. Był o krok od wprowadzenia się w pierwszą fazę półtransu. Zanim to nastąpiło, włożył dłoń do małej, drewnianej klatki, gdzie znajdował się wiecznie głodny gad.


Pozostałe opowiadania:
1 2 3 79 80 81 82 83 10277 10278 10279